Biblioteczka

„Obłęd na krańcu świata. Wyprawa statku Belgica w mrok antarktycznej nocy” – recenzja

W 1897 roku belgijski okręt wyruszył w podróż na Antarktydę. Wyprawa szybko zamieniła się w koszmar… Oparta na faktach opowieść wciągnęła mnie bez reszty! Zapraszam do zapoznania się z recenzją.

„Obłęd na krańcu świata. Wyprawa statku Belgica w mrok antarktycznej nocy” to jedna z tych książek „wow”. Julian Sancton wykonał tytaniczną pracę i odtworzył realia przełomowej wyprawy z końca XIX wieku, która stanowiła prawdziwy kamień milowy w historii ekspedycji antarktycznych. To właśnie dzięki tej brawurowej wyprawie udowodniono, że że człowiek może przetrwać antarktyczną zimę i noc polarną (choć koszty były ogromne!), a także stworzono bazę wiedzy (obserwacje flory i fauny, liczne próbki geologiczne, mapy itp.) do dalszych badań antarktycznych.

Generalnie przed tą wyprawą stan wiedzy o Antarktydzie pokrywał się opisem stworzonym przez Juliusza Verne`a w „20 000 mil podmorskiej żeglugi”, czyli myślano, że… jest to skała wystająca z bezkresnego morza lodu pod którym Nautilus mógł przemieszczać się bez przeszkód. Przed lekturą dowiedziałam się, że NASA posiłkuje się opisami z tej wyprawy do dziś prowadząc badania nad wpływem izolacji na uczestników przyszłych misji na Marsa! No chyba nie dziwi Was, że już wtedy wiedziałam, że ja to po prostu muszę przeczytać. I warto!

To książka przesiąknięta historią, bazująca na ogromie źródeł (m.in. pamiętników czy dzienników załogi) ale czyta się ją jak najlepszy marynistyczny thriller. Jest niezwykle emocjonująca a momentami straszna, nie jest bowiem tajemnicą, że załoga w koszmarnych warunkach popadała w szaleństwo, ciężko chorowała i borykała się z wieloma problemami, które wręcz trudno sobie wyobrazić.

To opowieść o marzeniach, ludzkich słabościach, brawurze graniczącej z głupotą i o ludziach, którzy przekraczają granice. Dosłownie i w przenośni. A już zupełnie na marginesie dodam, że książki tego typu potrzebują doskonałych tłumaczy. Chylę czoła przed pracą Miłosza Urbana, który tworząc przekład poniekąd pisał tę historię od nowa. Musiał zmierzyć się z wielojęzycznymi źródłami, co ciekawe również polskich uczestników wyprawy. Ale fakt, że Polacy znaleźli się na pokładzie wcale nie ułatwiło pracy! Jeden z nich, Henryk Arctowski nigdy nie wydał ich po polsku, tekst przeszedł więc po drodze kilka tłumaczeń! Znacie takie przełomowe i brawurowe wyprawy? Dajcie znać, czuję, że warto zgłębić temat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.